Moja przygoda z książkami Marty Kisiel rozpoczęła się niezbyt dla mnie szczęśliwie, bo „Nomen omen” trochę rozczarował, marudziłem, że mało zabawne, że dialogi zbyt sztucznie młodzieżowe… A potem musiałem odszczekiwać. Każdy kto czytał moją notkę o „Dożywociu” był tego świadkiem. Rechotałem jak głupi i cieszyłem się jak dziecko z kontynuacji. Dorzuciwszy jeszcze „Szaławiłę” Ałtorka (to nie błąd), poszła jednak w innym kierunku. Wróciła do Wrocławia, w przestrzeń miejską, ale z historią dużo mroczniejszą niż to co spotykało szaloną Salomeę Przygodę.

Ale zanim trochę o wrażeniach, to ogromne brawa dla wydawcy i wszystkich, którzy przyłożyli się do wybrania takiej okładki. Tomasz Majewski ma u mnie mojego prywatnego oscara za to to co przygotował! Co za klimat! Zdecydowanie okładka roku i iskierka nadziei, że wydawcy naprawdę będą większą uwagę przykładać do oprawy graficznej, projektów, nie powielając koszmarków klejonych w komputerze.

„Toń” to powrót do Wrocławia, choć do innych bohaterów (ma się jednak silne przeczucie, że różne wątki mogą się łączyć w przyszłości, bo pojawiają się bohaterowie z drugiego plany) i nie do żadnej tajemniczej willi, tylko do wydawałoby się zwyczajnej kamienicy. W niej to wychowywały się pod okiem bardzo surowej i ekscentrycznej ciotki dwie siostry. Choć dziś są dorosłe, nadal przez myśl im nie przyjdzie by łamać świadomie jakieś jej zakazy – choćby ten, by nikogo obcego nie wpuszczać do domu. Powiedziałem obcego? Uściślijmy: nikogo. Całe mieszkanie wypełnione różnymi papierami, książkami, pamiątkami po zaginionych rodzicach Dżusi i Eleonory, to świątynia, której ciotka strzeże niczym największym skarbów. Obie z trudem znosiły ten rygor, ale z domu zwiała czym prędzej ta bardziej trzpiotowata, czyli Dżusi. Na prośbę swej poukładanej siostry musi wrócić do domu, a jej charakter i zbieg okoliczności, sprawią że dla całej rodziny Sternów zmieni się bardzo wiele. Jeżeli do tej pory żyli w jakimś napięciu, zabezpieczając się przed zagrożeniem, to teraz ono weszło do ich domu i rozsiadło się na kanapie. Żeby zmierzyć się z nim twarzą w twarz muszą najpierw poszukać wsparcia, nie tylko na zewnątrz, ale i w sobie samych nawzajem. Zbyt wiele spraw dotąd nie było do końca wypowiadanych, narastały kłamstwa i skrywane tajemnice, a jeżeli mają podejmować wspólne ryzyko, to jedynie wtedy gdy sobie ufają i potrafią wybaczyć różne urazy.

Jak zwykle u Kisiel nie zabraknie scenek zabawnych, zwariowanych dialogów i sytuacji, ale mimo że te postacie są równie sympatyczne i interesujące jak w poprzednich powieściach, tym razem jednak na pewno mniej nam jest do śmiechu. Już nawet sama sytuacja domowa, świetnie zarysowane relacje między trzema kobietami, to taka beczka prochu, przy której trzeba dłubać bardzo ostrożnie. Czemu jesteśmy tacy, a nie inny, jak bardzo wpływa na nas lęk, brak wsparcia, poczucie winy, kompleksy, czy też konieczność ukrywania czegoś przed bliskimi – czasem dopiero w kontakcie z kimś z zewnątrz, widać ile tam może narosnąć złych emocji, z którymi ludzie nie potrafią sobie radzić. Ile trzeba czasem czasu, żeby to zmienić…

Zatrzymałem się na wątku psychologicznym, bo jakoś mocno mnie poruszył (nie spodziewałem się tak ciekawie poprowadzonego tła w powieści, którą z początku traktowałem jako dość prostą rozrywkę). Nie zdradzając zbyt wiele z samej fabuły powiedzmy jednak trochę o tym co dzieje się wokół bohaterek. Będzie tajemniczo, magicznie, groźnie i ogólnie dość ryzykownie. Skarby z przeszłości nie dla nich, choć być może komuś będzie się wydawać, że to o nie toczy się gra i to przez nie giną kolejni ludzie. I więcej chyba nie zdradzę, to po prostu trzeba przeczytać. Ciekawa mieszanka kryminału, urban fantasy, ze specyficznym stylem (i humorem) Ałtorki po prostu wciąga. I to jak! A nawiązania do historii miasta, przyprawiają o ciarki na plecach.

Co tu dużo gadać. Fantastyczna powieść. Nie jestem w stanie powiedzieć czy najlepsza, bo każda jest trochę inna, ale Marta Kisiel ma ten dar, że po każdej (no, może w moim przypadku poza Nomen Omen), czeka się z niecierpliwością na więcej.

Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Foto: Ewa Milun-Walczak, www.miluna.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here