Od dwóch lat na stoiskach targowych Wydawnictwa Bernardinum, obok całej serii podróżniczej „Poznaj świat” (Cejrowski im „zrobił” sukces) moją uwagę przyciągały książki wyglądające na coś bardzo młodzieżowego, takie nowe wydanie Pana Samochodzika. Postanowiłem więc sprawdzić, cóż to takiego jest ta „seria z Mustangiem”. Podobnie jak inne ich pozycje, wydana w bardzo ładny sposób, w sztywnej oprawie, choć prawdę mówiąc nie wiem czy akurat ten produkt nie sprzedawałby się lepiej w miękkim, kieszonkowym wydaniu.

„Podziemne miasto” to całkiem udane połączenie przygody, kryminału, powieści awanturniczej, lekko nawiązujące do sławnej serii Nienackiego, bo bohaterem jest archeolog, który przyciąga uwagę swoim dość wyjątkowym pojazdem (stary Mustang z lat 70), a w swoim śledztwie, nie unika pomocy swoich dużo młodszych przyjaciół. Na tym podobieństwa się jednak kończą. Corso wyszedł bowiem z założenia, że czytelnika obecnie nie ma co bombardować rozbudowanymi opisami, masą ciekawostek historycznych, czy geograficznych (bo to można znaleźć dziś wszędzie), ale postawił na intrygę. Inny jest też trochę charakter bohatera – Robert Karcz ma osobowość, która wciąż wpędza go w kłopoty, dla niego poszukiwanie tajemnic, skarbów i rzeczy do odkrycia to nie tyle walka o to, by zawsze trafiły one do gablot muzealnych, ale czysta adrenalina, jakieś wyzwanie, a trochę również i chęć zysku. Może zmieni się to w kolejnych tomach, bo zdaje się, że jego umiejętności dostrzegły służby państwowe, w „Podziemnym mieście” działa jednak jeszcze na własną rękę.

Myślicie, że cenne skarby i unikatowe pamiątki z przeszłości, to jedynie za granicą? Nic bardziej mylnego. W Polsce też niejedno pewnie jeszcze do odkrycia, a Przemek Corso na swój cel bierze… Legnicę. Kto był? Łapka w górę? Miasto po drugiej wojnie światowej mocno utraciło swój oryginalny charakter, zbrzydło, ale również pobyt Armii Czerwonej, pozostawił po sobie masę legend miejskich, domysłów i inspiruje poszukiwaczy do namierzania podziemnych korytarzy, w których podobno ukryte są jakieś łupy z czasów wojny. Dla Robert Karcza to miasto z początku wydaje się szare i nudne, zaszył się tu dzięki siostrze, zdobywając pracę nauczyciela historii w szkole i próbując zapomnieć o wszystkich swoich przygodach m.in. z Egiptu, gdzie mało brakowało straciłby życie.

Powoli jednak zdobywa pierwszych znajomych i jego szósty zmysł podpowiada mu, że w Legnicy też może znaleźć miejsca dla swojej pasji odkrywcy i poszukiwacza pamiątek z przeszłości. Porównania do Indiany Jonesa może są na wyrost, ale bohater jest całkiem sympatyczny, akcji nie brakuje, a Przemek Corso pisze tak, by wciągnąć nas w fabułę i nie odkryć wszystkich kart aż do finału. Zgodnie z mottem serii: nie musisz szukać przygody, ona sama cię znajdzie, co i rusz Karcz wpada w jakieś problemy i obrywa po nosie, jednak jego determinacja przez to tylko rośnie.

Gdyby tę książkę rozbudować, pewnie mielibyśmy coś zbliżonego do świetnych „cegieł” pisanych przez Leszka Hermana, jednakże autor tym razem chciał chyba pozostać na poziomie czegoś lżejszego, co może zainteresować nie tylko dorosłych lecz i młodych czytelników. Również niektóre postacie sprawiają wrażenie zarysowanych (albo przerysowanych) tak, by podobały się głównie nastolatkom. W efekcie starsi mogą czuć lekki niedosyt. Trochę się tego bałem, bo nie ukrywam, że im mniej mi zostawało do końca, tym bardziej rosła ciekawość jaki też finał mi zostanie zaproponowany, czy uda się pokończyć różne wątki. I udało się! Z dobrym wejściem w zapowiedź kolejnych tomów (na razie chyba trzy).

Podsumowując: całkiem sympatyczne. Jak dla mnie zbyt proste i za mało rozbudowane, ale brakuje tego typu rzeczy na rynku, więc pewnie znajdzie swoich fanów.

Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Foto: Ewa Milun-Walczak, www.miluna.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here