Co roku staram się w okolicach Świąt zafundować sobie i Wam poprzez notkę jakąś lekturę bardziej „duchową”, więc chyba pora na to najwyższa. Dziś Wigilia, jutro kolejne Boże Narodzenie. Co dla nas oznacza? Czy przeżywamy je jakoś wyjątkowo?

Życzę Wam tego, by to był dobry czas spędzony z osobami Wam bliskimi i nawet gdy nie zawsze dzieje się między nami dobrze, niech nasze serca uzdrowione w tym czasie będą od wszelkiej niechęci, niezgody, z pokorą otwórzmy się na miłość. A prezenty (życzę oczywiście cudownych) niech również uczą nas przede wszystkim radości z dawania, dzielenia się, a nie jedynie brania. Wtedy może Boże Narodzenie będzie czymś więcej niż przerwą w szkole/pracy.

Jakoś lektura najnowszej książki Szymona Hołowni mocno mnie pobudziła do refleksji, które wcale nie są dla mnie zbyt wesołe, ale jednocześnie dała również nadzieję. Gdy czytamy bowiem o świętych, błogosławionych, wydają się tak odlegli, tak pełni heroizmu, potrafiący zaufać do końca, zostawić wszystko co mieli. Można popaść w kompleksy. Ale te życiorysy dają też nadzieję. Dlaczego? Ano dlatego, że im też nie zawsze było „z górki”, nie byli do końca pewni swojej drogi, zmagali się ze słabościami. Są więc wzorem, z którego można czerpać, ale nie tyle jako bohaterowie z pomników i z podręczników, a raczej normalni ludzie, którzy po prostu zostawiają nam wskazówki, pokazując czym jest prawdziwe chrześcijaństwo, czym jest wiara. Każdym swoim słowem, czynem mówią z pełną pokorą i skromnością – nie ja, to On to sprawił. Ja jestem tylko narzędziem, grzesznikiem, który w żaden sposób nie chce się wywyższać, wręcz odwrotnie – woleli schodzić z oczu bliźnich (przynajmniej większość z nich tak miała), służyć jako najmniejsi i ostatni w szeregu. Błądzili, nie byli idealnie. Ale wszyscy uwierzyli w pewnym momencie w Miłość Bożą. I dla niej jedynie chcieli żyć, okazując wdzięczność za nią, czekając z radością na moment gdy będą mogli się w nią zanurzyć całkowicie.

Szymon Hołownia zachęca do przyjaźni ze świętymi, przyglądania się ich życiu i czerpania u nich, niczym w aptece, pomocy i wsparcia, stąd też tytuł książki: „Święci pierwszego kontaktu”. Wszyscy i tak pokazują na Tego, który jest Lekarzem, ale w różnych naszych bolączkach, wątpliwościach, zmaganiu się z rzeczywistością, okazuje się, że ten przykład świętych może się przydać. Nawet wśród bardzo odległych nam czasowo ojców pustyni, czy pierwszych męczenników, możemy odnaleźć coś dla siebie. Jak się okazuje różne są drogi do świętości. Są wśród nich kobiety i mężczyźni, bogacze i biedacy, duchowni i świeccy, przedstawiciele różnych wyznań (Hołownia od wielu lat dużo pisze o świętych Kościoła Prawosławnego, pokazując jego bogactwo), królowe, lekarze, wynalazcy, aktorki, bo też przecież Duch wieje tam gdzie chce, tylko nie wszyscy potrafią rozpoznać w szumie Jego głos.

Krótkie rozdziały, napisane dość lekkim językiem, to nie tyle biografie, co raczej ledwie szkic i garść refleksji autora, ale ponieważ o niektórych wcale być może byśmy się inaczej nie dowiedzieli, więc warto cieszyć się i z tego. Na szczęście na końcu możemy znaleźć bibliografię z odniesieniami do każdej z postaci. Żeby tak jeszcze o każdej z nich ktoś napisał z taką pasją, tak ciekawie jak Hołownia. To powiedziałbym taka „esencja”, zwrócenie uwagi na to co najciekawsze w danym świętym, czy błogosławionym. Na mnie największe wrażenie zrobiły życiorysy Satako Kitahary, księdza Dolindo Ruotolo i Catherine de Huech Doherty.

Zaangażowanie dla innych, pokorna służba, obrona wiary i własnych przekonań, choćby świat nalegał na ich porzucenie, ofiarowanie innym własnego cierpienia, życia, majątku, siebie całego, przebaczanie, bezinteresowna miłość, oddanie się modlitwie, medytacji, zadziwiały zarówno tych, którzy się z nimi stykali (choć niektórzy doceniali ich dopiero po śmierci), jak i zadziwiają dziś. Iść bez lęku tam gdzie inni nie chcą iść, z uśmiechem podejmować nawet najgorszą pracę i dziękować za wszystko: za zmęczenie, odrzucenie, nazywanie głupim. Jakże odmienny to obraz Kościoła od tego jaki gdzieś mocno utrwalił nam się w głowach ostatnimi laty, duchownych pełnych pychy, pouczających ludzi bez odrobiny miłosierdzia, nie zainteresowanych poszukiwaniem owiec zagubionych…

Dlatego tak lubię czytać książki Hołowni, bo dzięki nim przypominam sobie, że istnieje również inna rzeczywistość w Kościele, może mniej rzucająca się w oczy, pokorna i cicha. Dają nadzieję, pokrzepiają i jednocześnie stanowią wyzwanie. Choćby ta pozycja. To nie tylko zachęta do tego, żeby przeczytać sobie jeden rozdział dziennie, zapoznać się z jakąś sylwetką. Jednocześnie to również zaproszenie to tego, by coś przemyśleć i zrobić jakiś mały krok również w swoim życiu. Na początek mały. Ale nie jęczeć, że ja tak nie potrafię, że się nie da, że to szaleństwo. Nauki Jezusa od początku nazywane były szaleństwem. Marzeniami i naiwnością, którą łatwo da się wyplenić, mordując po prostu wyznawców. Tymczasem na krwi tych pierwszych wyrośli kolejni. I w każdym pokoleniu pojawiają się ci, którzy udowadniają, że nie ma takich czasów i okoliczności, w których wiara nie mogłaby być znakiem sprzeciwu wobec zła, niesprawiedliwości, ulgą dla cierpiących.

Na wschodzie dawniej troską otaczano tych, którzy uznani byli za „jurodiwych”, szaleńców Bożych, u nas raczej chętnie by ich zamykano w szpitalach dla psychicznie chorych, ale oni nie przejmowali się ani sławą, darami, ani też kratami. Bo wiara to zaufanie. Nie fanatyzm, jak to czasem dziś mówi się o katolikach w Polsce. Zaufanie. Aby nawet nie tyle samymi słowami, ale czynami pokazywać, że jest coś więcej niż ta zabiegana, często egoistyczna, zapatrzona w siebie nasza rzeczywistość. Takiej wiary warto się uczyć, o taką się starać. I modlić o nią, choćby za wstawiennictwem świętych.

Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Foto: Ewa Milun-Walczak, www.miluna.pl

2 KOMENTARZE

  1. Książka chyba jednak nie dla agnostyka takiego, jak ja… choć zaciekawiło mnie, która aktorka została świętą, nie słyszałam chyba o tym nigdy. Niemniej życzę udanego kolejnego roku, obfitego we wpisy i dziękuję za poprzedni!

    • no tak, wciąż używałem pojęcia święci i błogosławieni, zapominając o tym, że niektóre z tych postaci autor zamieścił w tym zbiorze sam znajdując w jakiejś postaci cechy świętości, nie jest to więc bardzo „kanoniczne” podejście. Ale ważny jest sens. W tym przypadku chodziło o Eve Lavalliere czy tez Eugenie Fenoglio

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here