Mam słabość do takich filmów, do motywu wędrowania i do szukania jakiegoś oderwania się od problemów w drodze. Dlatego na Ścieżki życia czekałem i byłem bardzo ciekaw tej produkcji.

I choć obiecuje się nam, że to historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, raczej bierzcie na to mocną poprawkę – nietrudno znaleźć w sieci dowody na to, że dziennikarze zarówno film jak i książkę która była dla niego pierwowzorem, mocno wypunktowali jako nie mającą za wiele wspólnego z rzeczywistością. A jeżeli to już ma się w głowie, film niestety trochę traci ze swojego uroku, jak to mówią magia życia znika, zostaje bajka. Urocza, na pewno dająca nadzieję, ale skoro mocno podkoloryzowana, to i trochę przestajemy w nią wierzyć. Czy rzeczywiście bohaterowie, nagle stanęli się bankrutami, a mężczyzna mimo poważnej choroby i bólu, uznał że przejście prawie 1000 km będzie dla nich lekarstwem na wszystkie problemy?


Gillian Anderson i Jason Isaacs zagrali wiarygodnie, twórcy postarali się pokazać nie tylko ich determinację, ale i pojawiające się wątpliwości, czy rezygnację. Wędrówka zmienia ich zarówno psychicznie, czyni ich silniejszymi, ale i fizycznie, bo nie przygotowali się chyba na wszystkie warianty pogodowe – po prostu nie mieli na to kasy. Czasem idą nie mając jedzenia, czy nawet wypiwszy ostatnie łyki wody. Ale idą. Może dlatego że nie mają już wyjścia?


Stracili dom, dotychczasowe życie, ten przedziwny pomysł by wyruszyć najdłuższym szlakiem na Wyspach Brytyjskich wzdłuż wybrzeża, wydaje im się więc jakimś sposobem na przeczekanie kilku tygodni – a może coś się ułoży, może znajdą jakiś sposób na to by znaleźć dach nad głową.

Nie muszą się spieszyć. I dobrze im z tym.


To co najbardziej poruszające w tej historii to jednak ich więź, bliskość, wspieranie się, a gdy już jest kompletnie źle, uśmiechanie się, bo co innego pozostało. Dwoje starszych ludzi, odnajduje to co być może w małżeństwie potem już zagubili, przywaleni codziennymi sprawami. Tu cały czas są razem – jedzą, śpią, przeżywają zachwyt tym co widzą. A widoki rzeczywiście cudowne i do pozazdroszczenia!

I szczerze? Chyba właśnie widoki z tego filmu zapamiętuje się najbardziej. Bo sama historia trochę wypada papierowo.

Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com


Komentarz Mariusza:

Przyjmuję tę historię jako bardzo wartościową, niezależnie od tego, czy jest oparta na faktach, czy też jest formą koloryzowaną. Ta małżeńska wędrówka ukazana w filmie, jest pięknie opowiedziana. Nie potrzeba efektów specjalnych, aby wciągnąć widza, utrzymać przez cały czas przed ekranem. To jest nie tylko pięknie opowiedziane ale i dobrze zagrane. A po drodze w kadrach klify, fale, łąki, rozmaite nabrzeża.

Gdy na film pójdziecie „razem” pewnie złapiecie więcej refleksji, znaczenia stałego związku, dzielenia się ze sobą drobnymi rzeczami, które stają się symbolami oddawania tego co najcenniejsze. Dzielisz się makaronem, resztką wody, herbatą, dzielisz się sobą, oddajesz siebie. A jeśli za wasz jedyny dom robi teraz namiot, nie trudno o większą bliskość.

Czy poszedłbyś na taką wyprawę ze swoją żoną? Niezależnie od sytuacji materialnej, tego czy masz gdzie i dokąd wracać, czy widzisz siebie na takiej drodze razem? Zajrzyj do kina, pomyśl, rozejrzyj się. Może po filmie otworzysz mapę i poszukasz własną ścieżkę życia. My mamy namiot, pewnie zabierzemy trochę soli.

Mariusz Walczak

Źródło zdjęć i plakat: https://gutekfilm.pl/