Jim Jarmusch ma swoich wiernych fanów, którzy uwielbiają jego poczucie humoru i jego ironię, z radością przyjmą więc jego najnowszy film. Natomiast nie wiem czy można go polecić nawet tym, którzy nie zawsze odnajdywali się w jego fabułach. Jest inny, spokojniejszy, ale pewnie dla niektórych będzie zbyt banalny.

Ja bym polecił nie tylko ze względu na świetną obsadę, ale i właśnie na jego dość uniwersalny, spokojny klimat. To nie jest spotkanie w knajpie, taksówce, nie ma żadnych wampirów czy filozowania przy papierosach. Jest jakoś tak bardzo zwyczajnie. A jednocześnie wciąż po mistrzowsku w tych wydawałoby się normalnych spotkaniach rodzinnych, możemy przyglądać się iluzoryczności pewnych więzi, pozorowania uczuć. Jarmusch jak zwykle dużo rozgrywa dialogami ale i niedopowiedzeniami, półsłówkami.

Trzy nowelki, niepowiązane ze sobą, trzy miejsca akcji: Stany, Irlandia i Francja. Nawet różne środowiska. A mimo to gdzieś podskórnie wyczuwamy to że gdzieś coś je łączy.
Ten humor jest wyjątkowo stonowany, nienachalny, a mimo to wyczuwalny w tej atmosferze melancholii która wydaje się dominować. Relacje rodzice – dzieci, czasem może trochę wymuszane wizyty czy kontakty, to ocenianie tego jak kto sobie radzi, wspomnienia chwil do których przecież nie ma powrotu… No i rodzeństwo, czasem żyjące ze sobą bliżej, a czasem spotykające się jedynie u rodzica i te wymuszane rozmowy o tym jak się żyje. Co zrobić, by przełamać ten impas, przejść ponad różne uczucia i zacząć szukać bliskości, porozumienia, żeby potem nie żałować, że tak naprawdę tak mało się znaliśmy, niewiele o sobie wiedzieliśmy.

Subtelnie, ale i z ironią. Jak zwykle celnie.
A że jakoś tak wyjątkowo niespiesznie? Może w tym cały urok?
Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Autor i źródło zdjęć: ©Vague Notion 2024 Atsushi Nishijima | https://gutekfilm.pl/















































