W naszym kraju nie możemy narzekać na deficyt wyczynowych indywidualistów. Samotne wyprawy, ultramaratony, rejsy dookoła świata, zdobyte ośmiotysięczniki… Cena tych wielomiesięcznych, ekstremalnych podróży okazuje się często za wysoka, los bywa bardzo przewrotny. Czytając relacje z ich dokonań mam wrażenie, że nasi herosi lepiej radzą sobie w wyprawowej samotności, ekstremalnym wysiłku fizycznym niż zwykłej codzienności.

Czytam różne relacje, pamiętniki, wywiady. Poznaję historie, sylwetki, motywacje. Nie znam ich jednak prywatnie, nie mam okazji aby do końca wyrobić sobie zdanie na temat dokonań. Bazując na relacjach próbuję wyobrazić sobie co przeżywali w trudnych chwilach, jakim cudem wychodzili z największych opresji, dzięki czemu, dzięki komu. Podziwiam, współczuję, czasem łapię się za głowę.

Aleksander Doba, Marek Kamiński – w zeszłym roku spędziłem z nimi sporo czasu na motywującej lekturze. Polecam książki z relacjami z ich wypraw, być może wkrótce postaram się je szerzej przybliżyć w Notatniku. Teraz jednak mam okazję zachęcić Was do przeczytania „Ostatniego Maratonu” Piotra Kuryło.

Gdy ten tytuł trafił w moje ręce nie skojarzyłem nazwiska z aferą sprzed kilku lat. „Piotr Kuryło porzucił psa przed schroniskiem”, „Maratończyk Piotr Kuryło w upale przywiązał psa do bramy schroniska”. To tylko wybrane tytuły z najpopularniejszych wpisów znalezionych w sieci. Znalazło się też kilka innych o negatywnym wydźwięku – większość pochodzi z 2015 roku. Z tego okresu także ostatni, oficjalny wpis na fanpejdżu ultramaratończyka. Pozostawienie ciężarnej „Sary”, przywiązanie jej w upalny dzień do bramy schroniska przekreśliło szanse Kuryły na dalsze funkcjonowanie jako osoby publicznej. Na facebooku nie ma litości. Ogrom twardych komentarzy pod próbami tłumaczenia się zamknął temat. Pokonanie biegiem dziesiątek tysięcy kilometrów okazało się o wiele prostsze od wyjścia z sytuacji kryzysowej, wybrnięcia z błędnej decyzji, powszechnie napiętnowanego czynu.

„Ostatni maraton” przeczytałem jednym tchem, bez obciążenia przykrymi zdarzeniami z 2015 roku. Poznałem historię „człowieka z żelaza, który przebiegł dookoła ziemię w 365 dni”, zrobił to w intencji pokoju na świecie. Wystartował z Augustowa z obietnicą (która jak się okazało została złamana), że to jego ostatni, biegowy maraton.

Kuryło dokonał niesamowitego wyczynu, codziennie pokonywał biegiem trasę, której jeden fragment wydaje się nieosiągalny nawet dla wielu doświadczonych biegaczy. W swojej relacji opisał poszczególne etapy Biegu dla Pokoju (sierpień 2010-sierpień 2011): Augustów, zachodnia Europa, Stany Zjednoczone, Rosja, Kazachstan, ponownie Rosja, Łotwa, Litwa i wreszcie meta na rynku w mieście, z którego startował. Opis robi jeszcze większe wrażenie gdy dodatkowo spojrzymy na mapę.

„Ostatni Maraton” nie jest jednak relacją z samego wyczynu fizycznego. To opowieść o ludzkiej naturze, wierze, charakterach, przełamywaniu stereotypowego myślenia o „Amerykanach” i „Rosjanach”. To zajrzenie do głowy długodystansowca, do jego motywacji. Wiele tu miejsca na strach, szczęście, przypadek, determinację i deklarację ogromnej wiary, bez której nie byłoby szans na pokonanie zaplanowanej trasy.

Późniejsze losy Piotra Kuryły okazały się bardzo dramatyczne. Medialnie to bolesna ścieżka od bohatera do zera. Tym bardziej zachęcam do przebiegnięcia „Ostatniego Maratonu”.

Tekst: Mariusz Walczak
Foto: Ewa Milun-Walczak, www.miluna.pl

Piotr Kuryło „Ostatni Maraton”, Wydawnictwo Helion, www.bezdroza.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here