Islandia w ostatnich latach stała się modna. Wszyscy chcą zobaczyć tę surową krainę lodu
i ognia, bohaterkę najbardziej spektakularnych zdjęć na Instagramie, gdzie wodospady, czarne plaże, bezkresne pola lawy i pastwiska obiecują wyjątkowe duchowe doznania. Islandii bowiem nie wystarczy zobaczyć, trzeba jej doświadczyć. To miejsce, gdzie pogoda jest zmienna jak kobieta, a czas zdaje się płynąć na innych zasadach. W ciągu kilku godzin spędzonych w samochodzie, co parę kilometrów obcuje się z zupełnie odmiennym krajobrazem. Pola lawy zmieniają się w pastwiska, by po chwili piętrzyć się w wysokie pasma górskie, z których leniwie spływają jęzory lodowca, po to, by przerodzić się
w zjawiskowy wodospad nieopodal którego, w ciepłym źródle, można wygrzać kości
po kilku godzinach spędzonych w deszczu, słońcu i wietrze.

Na Islandii spędziliśmy tydzień w czerwcu, miesiącu, w którym słońce zachodzi tylko
na chwilę. Temperatury w okolicach 12 stopni pozwalają spędzać noce w hotelu
z najlepszym widokiem na islandzkie krajobrazy – namiocie. Nie byliśmy tam oczywiście sami, w obrębie najpopularniejszego szlaku turystycznego – Golden Circle – masy turystów czekały w kolejkach, aby zobaczyć najsłynniejszy gejzer czy zrobić sobie zdjęcie przy jednym z najbardziej znanych wodospadów – Skógafoss. Poszukujący odludnych, surowych krajobrazów, mogliby czuć się zawiedzeni. Wystarczy jednak wsiąść w samochód i pognać na wschód, zboczyć z głównej trasy, zabłądzić na szutrowej drodze, gdzieś między fiordami, aby poczuć prawdziwego ducha tej tajemniczej wyspy. Tam gdzie wraki kutrów rybackich powoli rdzewieją na wybrzeżach fiordów, a ciekawskie owce giną w tajemniczych okolicznościach w otchłaniach nieodkrytych jeszcze jaskiń. Juliusz Verne osadził akcję książki „Podróż do wnętrza Ziemi” w kraterze jednego z islandzkich wulkanów – Snæfellsjökull.

Islandia 2017, foto: Aneta Popławska

My naszą podróż rozpoczęliśmy w Reykjavíku. Przejechaliśmy około 2,5 tysiąca kilometrów, okrążając prawie całą wyspę i zwiedzając większość głównych atrakcji. W sumie kilkadziesiąt miejsc: wodospadów, ciepłych źródeł, wygasłych kraterów, lodowców, klifów, plaż, a mimo to Islandia pozostawiła nas z poczuciem niedosytu. I chociaż ubrania już dawno wysuszone a zdjęcia wywołane, to na pewno nie koniec tej fascynującej przygody, bo odkrywanie Islandii zdaje się nie mieć końca. Musimy tam wrócić 🙂

Islandia 2017, foto: Aneta Popławska

Tekst i foto: Aneta Popławska