Vanuatu obejmuje osiemdziesiąt trzy wyspy południowego Pacyfiku. Tanna jest jedną z nich. W lokalnym języku oznacza „ziemię”. Jej wybór był absolutnie spontaniczny i nieprzemyślany. Urzekły mnie zdjęcia dzikich ludów w tradycyjnych strojach i obrazki płonącego wulkanu znalezione w sieci. Nie wiedziałam czego się spodziewać, ale przeczuwałam, że będzie to dzika przygoda. Byliśmy jedynymi turystami na transfer z głównej wyspy Efate na Tannę. Wiedziałam, że to dobry zwiastun. Brak turystów mógł wskazywać na jedno: albo że jesteśmy kompletnie szaleni albo, że to wprost wymarzone miejsce dla nas.

Terminal krajowy, mimo braku turystów, okazał się zaskakująco zatłoczony. Jak się później okazało, prawie wszyscy potencjalni podróżni przyszli pożegnać starszą panią. Gdy ona nieśmiało pytała stewardessy, gdzie ma usiąść, gdyż nie umie czytać, oni płakali, i rozpaczliwie machali zza ogrodzenia dzielącego płytę lotniska z resztą ich małej wyspy. Dwie rzeczy były wtedy pewne: po pierwsze, jadę do kochających ludzi, a po drugie, jadę w wielką nieznaną.

Gdy po 40-minutowym locie moje oczy odnalazły się z pełnymi szczerości oczami naszego gospodarza, wiedziałam, że będzie dobrze. Z każdym kilometrem i wertepem na drodze, które solidnie odczuwalnym na moim tyłku, zrozumiałam, że będzie jeszcze lepiej. Poczułam się jak pięcioletnie dziecko jadące na pace samochodu ojca, krzyczące „Szybciej! Szybciej!” W kurzu, w deszczu, ale z ciągłym uśmiechem na twarzy. Po prawie trzech godzinach jazdy, na drewnianej desce, na pace samochodu typu „ute” przez wsie, góry, dżunglę, kurz i wulkaniczny pył, ujrzeliśmy go − Mount Yasur. Najbardziej dostępny, aktywny wulkan na naszej planecie, nazywany latarnią Pacyfiku. Daje życie oraz liczne plony, ale także je odbiera. Fascynuje wszystkich.

Nie mogliśmy nocować nigdzie indziej jak u jego podnóża, w domku na drzewie, z widokiem na całodobowe fajerwerki i z niepisaną obietnicą, że nie wystrzeli na dobre. Wybór małej wioski koło wulkanu, zamiast resortu po zachodniej stronie wyspy, miał nam umożliwić prawdziwy wgląd w codzienne życie w dżungli i dostęp do lokalnych atrakcji. Wzbudził jednak dość duże zainteresowanie lokalnych plemion i to chyba my okazaliśmy się dla nich większą atrakcją.

Dżungla, wilgotny las równikowy, płuca naszej planety, ostatnio tak często wspominane w mediach ze względu pożar w Amazonii, występuje również na Vanuatu. Niewiele osób wie, że życie w dżungli niewiele się różni od wizyty u babci na wsi. Tutaj rytm dnia wyznaczają posiłki, piejące koguty i zapadający zmrok. Karmią równie dobrze. Porcję są tak duże, że nawet po całym dniu aktywności i pominięciu lunchu, nie byliśmy w stanie zjeść całej szczodrej porcji. Żartowaliśmy, że kanibal robi się głodny, zaniepokojeni naszą planowaną wycieczką na „cannibal tour”. Tak nie mylicie się, ludy te (jak zresztą wiele ludów zamieszkujących pacyficzne wyspy) jedli ludzi. Dni na wiosce mijają powoli. Jest to spotęgowanie przez tzw. island time, czas płynie niespiesznie, tu nic nie trzeba. Czasem idzie się na pole, do ogrodu, a czasem gawędzi z sąsiadką, podjadając coś prosto z drzewa. Brak bieżącej ciepłej wody, prądu, lodówki czy adresu też nieco przypomina czasy wiejskiego życia sprzed lat. Jednak okoliczności przyrody różnią się. Bujna wiecznie zielona dzika roślinność, palmy, liczne drzewa banyanowe i liany rodem wzięte z „Księgi Dżungli”, niczym nie przypominają zieleni z naszego rodzimego ogródka. Wieczny kurz, pył i deszcz wulkaniczny też nie brzmią znajomo.

Co rano budzi zapach dymu z ogniska rozpalanego do przygotowania śniadania, a usypia kolor płonącego wulkanu i migoczących świetlików. Wulkaniczna ziemia jest płodna, więc w teorii ludy są samowystarczalne. Kokosy rosną na drzewach, dzikie świnie biegają po lesie, a ryby pływają w oceanie. Jednak dżungla nie jest miejscem dla amatorów. Po kokosa trzeba się wspiąć na pokaźną wysokość, świnie czy rybę cierpliwie upolować a plony zasiać i zebrać na często oddalonym o dwie godziny od domu wzgórzu. Paliwo jest tutaj bardzo drogie, galon kosztuje równowartość 10 dolarów i rzadko kogo stać by podjechać wśród tłumu stłoczonego na pace samochodu. Życie na wyspie nie rozpieszcza, ale nikt tu raczej nie chodzi głodny. Nie może nas jednak dziwić, że szukają łatwiejszego życia i że coraz częściej można tu zobaczyć bawełniane koszulki zamiast tradycyjnych strojów.

Tanna jest zamieszkana prawie w całości przez Melanezyjczyków, którzy znani są z bardziej tradycyjnego stylu życia niż ludność innych wysp. Plemiona zamieszkujące wioski na wyższych wysokościach, znane jako wioski „kastom” nadal noszą wyłącznie tradycyjne stroje „nambas” (dla mężczyzn) oraz „grass skirt” (dla kobiet). Dzieci nie chodzą do szkół publicznych a udogodnienia i wynalazki zachodniej cywilizacji, nie mają tam racji bytu. Tradycyjnie to mężczyźni pełnią ważniejszą rolę w życiu wioski, to oni spotykają się na „nakamal” (miejsce spotkań), by popijać lokalny trunek „kava” i dyskutować z wodzem wioski. Jednak jeśli chcesz zobaczyć najdziwniejsze sceny na południowym Pacyfiku, to warto wybrać się w środę lub w piątek do wioski przy „hotsprings”, gdzie mieszkańcy spotykają się na śpiewy czczące kult Johna Frum. Wierzą, że to za sprawą „Johna z Ameryki” w okolicznej rzece płynie ciepła woda. Podobno na specjalne okazje paradują obwieszeni w stary amerykański sprzęt wojskowy. My mieliśmy okazję usłyszeć jedynie śpiewy, zobaczyć kobiety tańczące niczym w transie i mężczyzn odurzonych kavą.

Jeśli natomiast interesuje was dziwna dzika natura to drzewo banyan wielkości boiska do piłki nożnej, będzie strzałem w dziesiątkę. Nikt nie wie jak stary jest ten „freak of nature”, ale lokalna legenda głosi, że kiedy kapitan Cook odwiedził Tannę w połowie XVIII wieku, to drzewo było już gigantem. Podobno sekret tkwi w małym strumieniu, który przepływam przez jego serce. Jeśli jesteś zainteresowany tematem to odsyłam do nagradzanego filmu „Tanna” (2015) w reżyserii Martina Butlera i Bentleya Deana. Z plotek na wsi dowiedzieliśmy się, że autorzy planują jego drugą część i już w grudniu przyjeżdżają, by ustalać plan działań. Jeśli natomiast bardziej interesują Cię antropologiczne aspekty Pacyfiku, w tym Tanny, to polecam „The Tree and the Canoe: History and Ethnogeography of Tanna” J. Bonnemaisona.

Jeśli planujesz podróż w te rejony, to polecam odwiedziny w czerwcu. Wtedy to bowiem jest najwięcej zaślubin i innych ceremonii. Obiecali nam nawet wydać kogoś za mąż. Niewykluczone, że wrócimy. Mimo iż Tanna kusi niespotykanymi tradycjami, ziejącym wulkanem i tropikalnym klimatem, posiada też drugą nieco mniej kolorową stronę, której nie dostrzeżesz z resortu czy luksusowego hotelu: biedę, brak edukacji, trudy życia w dżungli i brak opieki medycznej. Nie będę ukrywać, widok ubogich dzieci bawiących się starym klapkiem na sznurku lub innym śmieciem pochodzącym z naszej cywilizacji, raczej nie stanie się relaksującym obrazkiem dopełniającym urlop. Jest jednak z pewnością otwierającym oczy doświadczeniem. Tutaj dzieci nadal grają w kamyki, a nie bezsensownie gapią w ekrany komórek, relacje międzyludzkie są ważniejsze niż te materialne, pożywienie jest organiczne chociaż nie zapewnia tego etykieta modnej diety paleo, a poszanowanie natury i kultywowanie tradycji jest już chyba zanikającym fenomenem. W pełni ich nie rozumiemy, ale wydają się żyć szczęśliwym życiem. Ja z pewnością nigdzie wcześniej nie widziałam tak szczerych uśmiechów i tak radosnych ludzi! Mam tylko nadzieję, że turystyka nie zepsuje tego, co mają najcenniejsze.

Tekst i foto: Magdalena Karasińska, www.kazdachwila.wordpress.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here