Dziś parę zdań o filmie, który warto zobaczyć, a który od ponad dwóch tygodni na ekranach… Jakie wzbudził emocje, u mnie, czyli człowieka, który lubił ich muzykę, ale nigdy nie był ich wielkim fanem? Czy ten film to laurka czy prawdziwy obraz człowieka? Jak wypada scenariusz, a jak muzyka?

Postaram się odpowiedzieć choć na część tych pytań. Może żeby podkręcić ciut Waszą ciekawość, powiem tylko, że płakałem. Tak, pod koniec naprawdę płakałem.

Gdy przy scenariuszu biografii filmowej lidera jakiegoś zespołu, maczają palce jego koledzy, słusznie możemy się obawiać, że film będzie dość delikatnie obchodził się z drażliwymi kwestiami. Przy tak kontrowersyjnej i charyzmatycznej postaci jaką był Freddie Mercury łatwo powiedzieć: to on był freakiem, pogrążał siebie, konfliktował zespół, przywłaszczał sobie jego sukces i dorobek… Trochę to tu widać – koledzy grzeczni, wychodzą z imprez za rączkę z żonami, a wokalista daje czadu i używa życia, choć coraz częściej zamiast haju czuje depresję.

Scenariusz to słabsza strona tego filmu: już pal licho niektóre przekłamania, ale tak naprawdę cała masa tu uproszczeń, manipulowania widzem i to dość prostackiego. Koncentrujemy się na Freddiem, jego rodzinie, związkach, energii jaka wyzwalała się w nim na koncertach, bezczelności, dzięki której osiągał więcej i szybciej niż inni. Queen to jednak nie tylko on, a panowie mocno chcieli zaznaczyć iż również tworzyli repertuar, markę i jakość tego zespołu. Czy osiągnęli by taki sukces bez niego? Pewnie nie. I może stąd tak jak Mercury kradł całą uwagę i sympatię słuchaczy, tak Rami Malek kradnie również ją na ekranie.

Jest jednak coś takiego w tym scenariuszu, że gdyby to był film jedynie gadany, z niewielką dawką muzyki, byłby raczej mało ciekawy. To co tworzy jego wyjątkowość to muzyka i to w jaki sposób jest pokazywana. Kto by się odważył w filmie fabularnym ostatnie dwadzieścia kilka minut poświęcić na pokazanie jednego z koncertów, prawie bez żadnych ujęć fabularnych? No to teraz mamy jednego odważnego i wyszło genialnie. Fakt, że koncert Queen na Wembley w ramach Live Aid był wyjątkowy, fakt że Malek fenomenalnie sprawdza się jako Mercury, przemienia się w zwierze sceniczne, ale duża tu zasługa zdjęć i pomysłu na to jak pokazać muzykę! I tak jest przez cały ten film – gdy tylko zaczyna się jakiś dłuższy fragment z muzyką, od razu ciary zaczynają po nas chodzić, gdy ona milknie robi się banalnie. Bo też w scenariuszu nie ma nic odkrywczego, nie ma czegoś co by nas zaskoczyło w obrazie Freddiego jaki mieliśmy. Za to, że udało się jednak na nowo wydobyć z tej muzyki życie, jakąś magię, połączyć ją tak z obrazem, że oglądamy to z zapartym tchem, za to wielkie brawa. Udało się pokazać jak różnorodny repertuar tworzył ten zespół, ujawnić jego różne twarze.

Niby udało się pokazać też pewne rozdarcie, dramat bohatera, ale ten słodki finał potwierdza to, że twórcom nie zależało na doszukiwaniu się prawdy o Mercurym, a raczej na opowiedzeniu o nim bajki. Złagodzonej, uproszczonej i posklejanej ze jakichś najciekawszych fragmentów bajki gdzie musiał być jakiś morał i happy end, nawet jeżeli nie miał do końca potwierdzenia w faktach. Ale czyż nie kochamy bajek?

Idźcie zobaczyć na dużym ekranie! Robi wrażenie!

Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Źródło zdjęć: www.imperial-cinepix.com.pl/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here