Doceniam pasję autora, mam jednak pewien kłopot z jego książką. W żaden bowiem sposób nie przekonuje mnie sposób prowadzenia przez niego narracji w poszczególnych rozdziałach. Wychodzi z jednej sprawy, potem nagle przeskakuje na inną, jedne kończy, inne nie, trochę pisze o swoich odwiedzinach „nawiedzonych” miejsc, szybko to jednak urywa i zagłębia się w dywagacje, które moim zdaniem donikąd nie prowadzą.
Ci którzy wierzą w zjawiska paranormalne, nawiedzenia, chyba nie odnajdą tu tych emocji jakich by się spodziewali i potwierdzenia swoich odczuć. A ci którzy nie wierzą? Tym bardziej wzruszą ramionami, że to materiał nie dający żadnych odpowiedzi.

Dziwi nawet to, że w dzisiejszych czasach, gdy tak łatwo o różne źródła, autor sugeruje, iż nie jest możliwe znalezienie właścicieli domostw mających kilka dekad. Takich zdziwień zresztą miałem więcej. Rozumiem, że z góry odrzuca się coś, co zbytnio przypomina schemat legendy, bo rzadko kiedy znajdzie się w takich historiach ziarnko prawdy. Ale kto zatem decyduje, które wydarzenie z przeszłości miałoby mieć największy wpływ na to, że jakieś miejsce jest nawiedzone?

Próby poszukiwania odpowiedzi, zdaniem Stonawskiego prowadzą bowiem w przeszłość. Prawie każde jednak miejsce może przecież być na przestrzeni lat miejscem jakiegoś okrucieństwa, niesprawiedliwości, jakiejś zbrodni. Co więc miałoby decydować o tym, że jedne z nich są nawiedzone i co nam daje wiedza na temat tego np. ile morderstw tam popełniono? Przecież i tak nie poznamy odpowiedzi czyj duch tam straszy – bankruta z wieku XIX czy aktora z wieku XX. Po wyglądzie? Ale nie zawsze można go rozpoznać – wszak duchy objawiają swoją obecność w różny sposób. A jeżeli już dojdziemy do jakiegoś zdarzenia to mamy grzebać głębiej w przeszłości, próbując pokazać jakiś ciąg zdarzeń? To miejsce ma gromadzić energię i sprawiać, że kolejne zło będzie tam przyciągane?
Pytań sporo i chyba one sprawiają, że nie uznaję te lektury za nietrafioną. Denerwowała mnie, ale i ciekawiła jednocześnie. Miałem ochotę miejscami krzyczeć: to bzdura, a w innych na chwilę się zawiesić: a może… Każdy z nas pewnie miał takie doświadczenie, które trudno wytłumaczyć racjonalnie, ale wiązało się z obecnością kogoś zmarłego, jakichś znaków. I trudno zwalać to na przewidzenia.

Na pewno ciekawe jest to, że autor nie skupia się jedynie na tym co najczęściej kojarzymy ze zjawiskami paranormalnymi, czyli widzialną postacią, głosami, próbami kontaktu, ale opisuje różne sytuacje – od stukania, przez poruszanie przedmiotów, aż po coś co niektórzy by nazwali jedynie zmianami pola energetycznego. Sam nie ukrywa swojej fascynacji, tyle że w próbach opowiadania o prowadzonych „badaniach” czasem się zagalopowuje mieszając wszystko w dziwnym sosie – cieki wodne, teorie cząstek, plotki, egzorcyzmy, podział duchów na rodzaje ich zachowań, świadków i źródła, które trudno uznać za wiarygodne (media społecznościowe). Jego poszukiwania historyczne są ciekawe, ale to temat chyba na inny reportaż, niewiele bowiem przyczyni się poznanie przypuszczalnego przebiegu wydarzeń sprzed lat do stwierdzenia ten duch może straszyć w tym miejscu czy nie. Jak zarąbali siekierą to może, a jak zmarł na tyfus to nie może?

Przepraszam za ironię, ale czasem się złościłem w trakcie lektury, że przecież można by z tego materiału zrobić coś lepszego. Może dodając emocji, atmosfery miejsc (bo sam opis jakie napisy namalowali wandale niewiele wnosi), a na pewno usuwając idiotyzmy jak np. sugestie, że jak ktoś używa krzyża św. Benedykta z napisami sprzed wieku to na pewno jest silniejszym egzorcystą niż ten kto opiera się na krzyżu obecnie używanym i na rycie posoborowym. Serio?

Rozpisałem się. Bo też lektura mnie zaciekawiła, potem rozczarowała, a po jej zakończeniu stwierdzam, że chętnie bym temat pociągnął dalej. Nie w fabule. Właśnie w takim paradokumencie, czy reportażu. Nie dla fascynacji śmiercią, duchami itp., tylko próby spojrzenia na miejsca trochę z innej strony, poszukanie odpowiedzi na to, czy różne legendy o nawiedzeniu jakichś budynków mogą mieć jakiś związek z prawdą. Czasem to robota dla historyka. A czasem być może dla kogoś kto próbuje łączyć różne dziedziny nauki, by znaleźć odpowiedzi na to co bardziej się wyczuwa, niż potrafi nazwać.

Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Foto: Ewa Milun-Walczak, www.miluna.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here