Mariusz Koperski, choć sam nie góral, właśnie tam osiadł i zdaje się, że przez ten czas nie tylko został zaakceptowany, ale i poznał trochę to środowisko. To się czuje w jego kryminale i w postaci, którą stworzył. Komisarz Karpiel niby wyjechał z Zakopanego do Warszawy, ale czujemy że chętnie by wrócił na stare śmieci. To jego emocjonalne rozdwojenie, miłość i jednocześnie wściekłość, że tak szybko to miasto się zmienia, zadeptywane przez turystów, zalewane przez kicz i nowoczesne koszmarki, nie tylko rozumiem, ale i podzielam. Wbrew pozorom to środowisko gdzie ludzie się znają, sporo o sobie wiedzą i bez dogadania się z miejscowymi lepiej tu nic samemu nie zaczynać, bo można zostać z niczym. Górale są pamiętliwi, charakterni, ale i otwarci na szczerość. Kochają dutki, turystów trochę mniej, pewnie traktując ich jako zło konieczne, powiązane z tym pierwszym. Trochę tu tej atmosfery miasta, lokalnych układów znajdziemy, szkoda że nie samych Tatr, które kocham, może jednak doczekam się tego w kolejnych powieściach? Kto wie…

Wszystko zaczyna się od bardzo dziwnego morderstwa dokonanego w samym centrum miasta, w biurze jeden z fundacji. Sprawca wcale nie starał się ukrywać tego co zrobił, zabił z zimną krwią przed kamerą przemysłową, dodatkowo jeszcze przesyłając taśmę do mediów. Policja ma więc sporo materiału, ale żadnych konkretnych tropów, którymi można by pójść dalej. Komendant, wyczuwając że i tak przy nowe władzy długo na stanowisku nie pociągnie, traktuje sprawę dość honorowo i ściąga do pomocy starych znajomych, którym w stolicy też już robi się ciasno, a ich zespół zajmujący się najtrudniejszymi sprawami ma zostać rozwiązany. Teraz, trochę nieformalnie mają zająć się sprawą, którą komendant chce rozwiązać na koniec swojej kariery.

Pewnie ciekawi jesteście skąd w tytule giełda milionerów… Ano kto zna sztukę teatralną „Wizyta starszej Pani” będzie wiedział o co chodzi. Sytuacja gdy ktoś z wielkimi pieniędzmi przyjeżdża do miasteczka, gdzie potrzeb jest wiele wywołuje zawsze wiele napięć, nie tylko bowiem rozpoczyna się festiwal potrzeb, ale i naruszany jest dawny układ interesów. Od zawsze było wiadomo kto ma pieniądze, kto się liczy, a tu nagle taka zmiana. Policjanci będą musieli zrozumieć więc jaką rolę sprawca przypisał ekscentrycznym milionerom, mordując właśnie w ich fundacji. Czyżby chciał w ten sposób coś powiedzieć? Komu można w takiej sytuacji zaufać i kogo pytać jeżeli wszystkie ślady prowadzą ku przeszłości, o której nikt nie chce rozmawiać? Jak się okazuje zamordowany obywatel tego miasta, wcale nie był tak szanowany i uczciwy jak powszechnie się o nim sądziło.

Czyta się błyskawicznie. I choć może nie ma tu nic specjalnie oryginalnego, ten kryminał może się podobać. Plusy: sympatyczny bohater, kilka ciekawych postaci drugoplanowych, niejednoznaczne poszlaki i trzymanie nas w oczekiwaniu na rozwiązanie zagadki prawie do samego końca. No i kolejny plus za Zakopane, które mimo wad kocham nieustannie. Minusy… Czy ja wiem. Pewnie jednym z najważniejszych jest fakt, że jak się czyta kilkadziesiąt kryminałów w roku, to ten niestety się nie wyróżnia jakoś znacznie spośród nich. Ale cóż. O Mrozie też zapomina się zaraz po przeczytaniu.

„Zakopane pełne jest teraz jakichś obcych, mieszańców i przebierańców. Dawniej to przynajmniej człowiek ich jakoś rozpoznawał, wcześniej Żydów, potem Cyganów, a teraz? Pomieszka toto rok albo dwa na Podhalu i już dupę wbija w bukowe portki albo góralską spódnicę. Myślą, że jak ich stać, żeby tu sobie postawić jakąś willę albo pensjonacik, to już mają prawo się panoszyć i czuć się jak u siebie. Gówno prawda! Swój to swój, a obcy to obcy! Nie mam racji? Żeby było jasne, nie mam nic przeciwko turystom. Wiadomo, żyjemy z nich. Ja nawet bardziej niż pan. Ale niech posiedzą, odpoczną, polatają po górach, a potem won do domu!”

Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Foto: Ewa Milun-Walczak, www.miluna.pl