Słoneczna Floryda, Disneyland pod nosem, turyści latający helikopterami, mknący autostradami do kolejnych atrakcji i super wypasionych hoteli, a my zamiast temu wszystkiemu przyglądamy się ludziom, którzy żyją trochę na marginesie tego blichtru, na obrzeżach społeczeństwa. Zasiłki, kombinowanie, próby odbicia się od dna, pożyczanie kasy, a że trzeba mieć jakiś dach nad głową, hostel w którym możesz wynająć pokój na 30 dni (potem musisz zrobić przerwę na minimum jeden dzień), to całkiem niegłupie rozwiązanie. Sean Baker nawet nie stara się budować jakiejś spójnej historii, która by nas wciągnęła, ale robi coś dużo ciekawszego: obsadził film naturszczykami i sprawił, że oglądamy „Florida Project” ogląda się prawie jak reportaż.

Kino zaangażowane społecznie musi trochę drażnić, wtykać szpilę w nasze wygodnictwo i poruszać emocje. Nie każdemu pewnie ten film będzie więc pasował, kogoś może znudzi, podglądactwo będzie krępować, a brak grzecznej historyjki z happy endem zasmuci. To taki american dream obdarty ze złotka i pełen goryczy, ale dzięki temu dużo prawdziwszy, niż bajki jakie często opowiada nam Hollywood, twierdząc że to historie o prawdziwych ludziach.

Tu też są prawdziwi ludzie. Przyzwyczajeni do tego, że muszą sobie radzić sami, nawet nie zawsze potrafią podziękować za pomoc, za życzliwość, wiecznie nastawieni konfrontacyjnie, nieraz agresywni, z trudem porzucający swoją wolność, wygodne lenistwo, by harować, bo nie mają specjalnej nadziei, że to coś zmieni. Nie zmienią swojej rzeczywistości, wolą więc żeby trwała. Może zdarzy się cud?

Baker nawet nie kłuje w oczy jakąś wielką patologią, nie feruje wyroków. Więcej pewnie dzieje się za zamkniętymi drzwiami, on towarzyszy w takiej codzienności z korytarzy, chodników, sytuacjach wydawałoby się bez znaczenia. To zwyczajne życie, sąsiedzkie pogaduchy, kłótnie i dowcipkowanie, a w tym wszystkim próbujący tą gromadkę jakoś pilnować zarządzający interesem Bobby.

Słońce, mnóstwo koloru, odrobina kiczu, peryferie miasta, które przed dzieciakami nie kryją żadnych tajemnic – to wszystko w ciekawy sposób zderzone jest z dziwnym marazmem w jakim tkwią ci ludzie, przerażaniem jakie budzi u „normalnych” to miejsce.

Moonee ma 6 lat i wraz z kilkorgiem przyjaciół beztrosko spędza dni wakacji na zabawach i rozrabianiu. To właśnie ta dziewczynka (Brooklynn Prince), w której bezczelność miesza się z dziecinną ufnością, jest tu największą gwiazdą, choć pewnie na różnych festiwalach będą zgarniać nagrody dorośli: grająca jej mamę Bria Vinaite, czy gospodarza obiektu Willem Dafoe. Dzieciaki we „Florida Project” przykuwają największą uwagę. Mają swoje telefony, zabawki, nie głodują, są rozbrykane, choć przychodzą chwile gdy wyraźnie odczuwają fakt, iż rodzice nie mają takich samych możliwości jak inni. Nikt tu specjalnie nie dziwi się temu, że dzieciaki robią co chcą, że nie mają większej kontroli rodziców. Klną, broją, są po prostu naturalne, bo tak są wychowywane. Ale w tym wszystkim jest przecież sporo miejsca na przyjaźń, na miłość, choć dla urzędników to pewnie wcale nie takie oczywiste.

Film gorzki, ale na pewno nie dołujący, raczej uwrażliwiający na to czego czasem dostrzegać nie chcemy. Przesycony kolorami, prosty i poruszający. Dlatego warto go zobaczyć.

Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Źródło zdjęć: m2films.pl

2 KOMENTARZE

  1. Zdecydowanie coś dla mnie. Zawsze irytowała mnie popularna też i w Polsce amerykańska ideologia „wszystko się da, jeśli się chce”, która doprowadza do stygmatyzacji ludzi biednych i jest świetną pożywką ludzi o ograniczonej wyobraźni. Można się starać i dojść daleko w życiu, owszem, bywa i tak, a można i całe życie się starać i osiągnąć niewiele (przynajmniej w porównaniu do „ludzi sukcesu”). Zdecydowanie obejrzę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here