Seria reportażowa Mundus od Wydawnictwa Jagiellońskiego dotąd kojarzyła mi się z książkami o kulturze różnych krajów i podróżach, a tymczasem okazuje się, że nie unikają również książek historycznych. Skoro jednak można znaleźć tam niejedną ciekawą historię, może nie powinniśmy się dziwić.

W przypadku książki Elizabeth Letts mamy do czynienia zresztą nie tylko z historią, zbiorem nazwisk, wydarzeń i cytatów. Nie tylko ludzie są tu na pierwszym miejscu, ale właśnie tytułowe konie, miłość do nich i chęć ratowania ich za wszelką cenę. Od wieków ludzie kochają te zwierzęta, a wielu z nich za swój punkt honoru postawiło sobie dbanie o doskonałość ich różnych cech, wybierając do reprodukcji najpiękniejsze, najsilniejsze egzemplarze. Ta książka jest właśnie o nich. O tych, którzy z miłości do koni, potrafili poświęcić, zaryzykować bardzo wiele, zapomnieć na chwilę o tym jakie kto nosi mundury i po której stronie frontu walczy.

To hołd dla nich wszystkich oraz historia koni, które ratowali w trakcie drugiej wojny światowej. Zwykle gdy myślimy o wojnie, mamy w głowie ofiary ludzkie, zarówno te na froncie jak i cywilne. Niedawno zaczęto też pisać o innych stratach – choćby materialnych, bo często jedną z pierwszych rzeczy podejmowanych przez najeźdźcę jest kradzież wszystkiego co cenne, wywożenie tego do siebie. Dzieła sztuki, dobra kulturalne jakoś łatwo nam oszacować, policzyć. Ale czyż hodowle pięknych koni, które wygrywają zawody, którymi zachwyca się świat, nie należą również do cennego majątku, który warto przejąć? Okazuje się, że tak właśnie było. Niemcy dobrze przygotowali się do tego co przejąć, gdzie się pojawić i na ich celowniku szybko znalazły się słynne stadniny arabów czy lipicanów, czy Hiszpańska Szkoła jazdy w Wiedniu. To oni chcieli teraz decydować o losach tych koni, przewożąc je tam gdzie chcieli i wprowadzając własne teorie na temat czystości rasowej do hodowli. Koń doskonały miał być koniem niemieckim, a osiągnięcia innych krajów wymazane z kronik. Im bliżej końca wojny, tym jednak mniej myślano o losie tych zwierząt – gdyby nie poświęcenie ich opiekunów, pewnie by o nich zapomniano. Oni jednak do końca pragnęli być ze swoimi podopiecznymi, nawet ryzykując własne życie.

Wszystkie te historie, losy przedwojenne poszczególnych wyjątkowych koni, biografie ich dobroczyńców, stanowią tu spory materiał archiwalny, ale są jedynie przedsmakiem chyba najbardziej sensacyjnej opowieści o tym jak to cudem Amerykanie przejęli całe stada lipicanów i arabów, tuż pod nosem Armii Czerwonej. Niemcy wiedzieli, że ich podopieczni nie będą raczej bezpieczni po nadejściu Rosjan, postanowili więc skontaktować się nielegalnie ze stojącymi niedaleko wojskami amerykańskimi, a ci, mimo iż nie wolno im było przekraczać ustalonej linii demarkacyjnej, zdecydowali o zrobieniu wypadu na stronę radziecką i „zaopiekowaniu” się pięknymi końmi. Ta szczegółowo opisywana akcja, wariacki pomysł grupki ludzi, którzy po prostu nie chcieli pozostać obojętni na los zwierząt, koniarzy (należał do nich nawet gen Patton, który wydał nieformalną zgodę na tę rozróbę) to można by rzec „główne danie” w książce Elizabeth Letts. Potem następuje już jedynie opis dalszych losów stada oraz powojenne historie koni i ludzi, którzy byli zaangażowani w ich ratowanie.

Mimo, że autorka pisze dość drobiazgowo o różnych ludziach, kreśli bardzo szeroką mapę, by potem opisywać przebieg jednej małej, prawie nikomu nie znanej akcji, przy czytaniu trudno się nudzić. Może dlatego, że nawet na chwilę nie tracimy z oczu głównych bohaterów książki, czyli koni. To wokół nich krążą ci wszyscy ludzie i nawet jak gubimy się w nazwiskach i stopniach, mamy świadomość tego, że ich losy się przetną.

„Koń doskonały” pewnie ucieszy polskich czytelników, bo ma dość mocne akcenty polskie – wszak hodowla naszych arabów była słynna na świecie już przed wojną. Szkoda jedynie, że to dla nas historia dość gorzka – piękne konie przejęte przez hitlerowców w stadninie w Janowie, choć przeżyły zawieruchę wojenną, to potem do Polski już nigdy nie wróciły. Ten akcent dla nas może być bolesny, ale tak to już potoczyły się losy naszego kraju: choć znaleźliśmy się wśród zwycięzców i mieliśmy nadzieję na leczenie bardzo ciężkich ran, świat zachodni odwrócił się od nas w imię interesów politycznych i budowania nowego porządku w Europie. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że oddawanie czegokolwiek naszemu rządowi, oznaczało, że na tym co najcenniejsze położą łapę Rosjanie, Amerykanie mieli więc świetną wymówkę, wywożąc różne dobra za Ocean i traktując jako łupy wojenne. Kontrowersyjne? Ale przecież prawdziwe. Autorka nie ukrywa, że po latach patrzy się na te wydarzenia zupełnie inaczej niż tuż po wojnie i teraz widzi tę głęboką niesprawiedliwość jaka za tym stała.

Czuje się, że autorka sama kocha konie. Sposób w jaki o nich pisze, słowa jakimi opisuje ich występy, wygląd, umiejętności, są po prostu piękne i pełne emocji. Ale spodoba to się pewnie nie tylko koniarzom. Najbardziej fascynujące jednak dla mnie było to, że opisywana przez nią historia, choć może wydawać nam się mało znacząca, w Stanach, Austrii, czy Czechach, wciąż jest jakoś pamiętana, a jej bohaterowie byli odznaczani za nią orderami. I to jest piękne, że bohaterem można zostać na tak wiele różnych sposobów – czasem prawie bez jednego wystrzału i bez ofiar.

Dobrze udokumentowana praca: zdjęcia, nazwiska, daty, wspomnienia świadków, ale jednocześnie styl wcale nie suchy, bardzo płynna opowieść, którą świetnie się czyta.

Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Foto: Ewa Milun-Walczak, www.miluna.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here