Ostatni film Kiryła Serebrennikowa, którego mimo apeli płynących z całego świata, władze rosyjskie przetrzymują w areszcie, to rzecz dość przewrotna. Nie jest to do końca rzecz biograficzna, choć ewidentnie można wskazać muzyków i kapele, które są w Rosji legendą undergroundowej sceny muzycznej, a stały się tu inspiracją. Nie jest to też do końca rzecz zupełnie serio, choć przecież opowiada o dość poważnych zawirowaniach życiowych w życiu bohaterów.

Dzięki przedziwnemu połączeniu zabawnych scenek musicalowych, fragmentów koncertów, dość szarej rzeczywistości w jakiej tkwią bohaterowie i ich wyobrażeń jak by ono inaczej mogło wyglądać, otrzymujemy film na pewno niebanalny, choć może i trochę wprawiający w zakłopotanie. Pamiętając o tym jak u nas wyglądała rewolta muzyczna w latach 80, aż trudno uwierzyć nam w obrazy jakie widzimy na ekranie. Sala domu kultury, gdzie na koncercie nie można nawet wstać z siedzenia, coś krzyknąć, czy poderwać rąk do góry w trakcie koncertu? Dla nas to trochę jak lot na księżyc. Wiadomo, że i u nas były zmagania z cenzurą, problemy rzucane pod nogi młodym kapelom, ale jednak parę niegłupich osób w rządzie chyba stwierdziło iż lepiej dać młodym taki wentyl bezpieczeństwa, niż doprowadzić do istnienia jakiegoś podziemia. Wystarczyło im to polityczne.

Z gitarą (w środku) Teo Yoo jako Wiktor Coj.

Leningrad. Lato 1981. Tęsknota za większą swobodą, za brakiem zakazów i ograniczeń docierała i tu wraz z muzyką szmuglowaną z Zachodu. Młodzi słuchali tego, łapali za gitary, za pióra i szukali możliwości by grać. To historia jakby dwóch pokoleń: Mike’a, starszego już faceta, który wyrobił sobie pewną pozycję, ma status gwiazdy oraz młodego, nie cierpiącego chodzenia na kompromisy, niepokornego, ale i pełnego pomysłów Wiktora. Doświadczenie może i przekłada się na popularność, ale i czuje się w tym wypalenie, może odrobinę zazdrości talentu i charyzmy, który widzi w młodym podopiecznym. Zwłaszcza wtedy, gdy zwraca na niego coraz większą uwagę również piękna żona Mike’a Natasza.

Trójkąt miłosny jest w „Lecie” nie mniej ważny jak i muzyka. Obserwujemy narastające napięcie w bohaterach, to zmaganie się pomiędzy tym co by się chciało, a co by wypadało, wycofywanie się i przyciąganie. Mike jednocześnie widzi w Wiktorze konkurenta, ale i zafascynowany nim, chce mu za wszelką cenę pomóc, wypromować jego talent. Ta relacja uczeń-mistrz, jeszcze bardziej komplikuje ich sytuację. Kilka tygodni, które sporo namieszają w ich życiu. Tak naprawdę to one są istotne – nie późniejsza kariera, płyty, sława. Właśnie to lato, pełne zapału, pomysłów, energii, znaków zapytania, trudnych decyzji. To wtedy wszystko się zaczynało. Na plaży czy w niewielkim mieszkanku, gdzie grało się dla kilkorga znajomych na gitarach swoje kompozycje, dzieliło się swoimi tekstami i przemyśleniami. Dopiero potem przyszła cała reszta. Gdyby tak próbować opowiedzieć cały życiorys, wyszedłby zupełnie inny film. Może ciekawszy. Na pewno inny. W tym czujemy ogromne pragnienie nie tyle popularności, co dzielenia się tym co czuli. Muzyka zrodziła bunt, wyzwoliła energię, która musiała znaleźć ujście.

Ciekawy obraz, pełen nostalgii i z ciekawie wkomponowaną muzyką. Może trochę żal, że najlepiej wypadają fragmenty z kompozycjami znanych twórców zagranicznych, a oryginalne utwory Wiktora Coja (legendarna kapela Kino) i Mike’a Naumenko (Zoopark) wypadają na ich tle trochę bladziej. Szkoda, ale może ktoś sięgnie potem po ich płyty, choćby z ciekawości i dla porównania z tym co grało się wtedy u nas?

Tekst: Robert Frączek, www.notatnikkulturalny.blogspot.com
Źródło zdjęć: www.gutekfilm.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here